Liczę do pięciu! Jak nie zrobisz tego, o co cię proszę, to…!- znacie to? Jestem pewna, że tak. Nigdy nie myślałam, że zastosuję tę metodę dyscypliny na swoim dziecku, a jednak… zastosowałam, a rezultat mnie zaskoczył. Zanim jednak dotrę do sedna, chciałabym Ci wyjaśnić, dlaczego to liczenie mi się nigdy nie podobało.

  • Posłuszeństwo ze strachu
Otóż zawsze kojarzyło mi się to z zastraszaniem dziecka. Jak nie posprzątasz, to… no właśnie, to co? Dostaniesz lanie? Czy może jakąś inną okrutną karę? Dziecko prawdopodobnie się wtedy posłucha. Ale – czy groźba, to naprawdę taka świetna metoda wychowawcza? Jestem przekonana, że jeśli dziecko się nas słucha wyłącznie ze strachu, to prędzej czy później źle się to skończy. Na pewno jakoś odbije się to na psychice dziecka i na rodzinnych relacjach.

  • Brak posłuszeństwa z powodu niekonsekwencji
Jest jednak jeszcze druga strona medalu. Jakiś czas temu popularny był mem z zabawnym tekstem: Boję się tego momentu, gdy moje dziecko się zorientuje, że kiedy doliczę do pięciu… ABSOLUTNIE NIC SIĘ NIE STANIE. Jest to zabawne i jakże często prawdziwe, ale jednocześnie niebezpieczne. Kiedy bowiem wymagamy od dziecka, żeby coś zrobiło i mówimy mu o konsekwencjach nieposłuszeństwa, a następnie nie dotrzymujemy słowa, to wysyłamy dziecku jasny sygnał, że może robić co chce i absolutnie nie musi się nas słuchać ani liczyć się z naszym zdaniem. Bo przecież i tak NIC SIĘ NIE STANIE.

Witaj w świecie Pięknych Rzeczy. Podoba Ci się tutaj? Polub proszę nasz profil na Facebooku, aby być z nami w kontakcie. Zachęcam Cię także do zostawienia komentarza pod artykułem! :)

  • Autorytet rodzica
Jestem zdecydowaną zwolenniczką złotego środka. Chodzi tu o wychowanie oparte na autorytecie rodzica. Rodzic nie może być ani tyranem, ani kumplem. Przekonała mnie do tego książka Anne Bacus „Jak zdobyć autorytet u dziecka”. Niestety, obecnie bardzo trudno kupić tę pozycję, ale gdyby Wam wpadła w ręce gdzieś na rynku wtórnym, to gorąco polecam. Przymierzam się do napisania wpisu inspirowanego tą książką, bo jest naprawdę wartościowa. Podsumuję tylko w kilku słowach: autorytet rodzica to taka magiczna mieszanka kilku rzeczy – z jednej strony: miłości, łagodności, cierpliwości, zrozumienia, a z drugiej strony: konsekwencji, wytyczania granic, przestrzegania zasad.

  • A jednak policzyłam do pięciu…

No tak, ale wszyscy wiemy, że zasady zasadami, teoria teorią – a życie życiem. Przyznaję się bez bicia, że mimo iż naczytałam się przeróżnych, mądrych książek i artykułów, to błędy wychowawcze i tak popełniam, a moje zachowanie często jest zaprzeczeniem tego, co sobie ułożyłam w głowie i postanowiłam. Klasycznie: w teorii cud, miód i sam lukier – idealni rodzice i wspaniałe dziecko, a w praktyce… sami wiecie.

  • …ze świetnym rezultatem
Jednak dość już samobiczowania. Wróćmy do tego lukru, bo akurat z metodą liczenia do pięciu wyszło mi całkiem nieźle. Pewnego wieczoru byłam już w mocnym „niedoczasie”, a mój 3,5-latek kompletnie nie chciał współpracować. Bawił się w najlepsze i kompletnie nie przyjmował do wiadomości, że czas myć zęby i kłaść się spać. Gdyby to był weekend, to bym się tak nie stresowała. Ale, w ciągu tygodnia, kiedy wstajemy wcześnie rano do przedszkola i pracy, to nie możemy sobie pozwolić na późniejsze zasypianie. Testowaliśmy. Niewyspanie oznacza dla naszego dziecka: masakrę z budzeniem do przedszkola, a następnie zły humor przez cały dzień, co przekłada się również na jego zachowanie. Tego wieczora, byłam już podirytowana, zestresowana i jakoś tak, chyba nie do końca świadomie, powiedziałam donośnym głosem: Liczę do pięciu i masz być w łazience… i tu ugryzłam się w język, bo nie wiedziałam jak dokończyć to zdanie. Nie mogłam przecież powiedzieć „bo nie obejrzysz bajki”, gdyż było jasne, że o tej godzinie i tak nie ma mowy o żadnych bajkach. Natomiast, wyciąganie konsekwencji następnego dnia, nie ma sensu jeśli chodzi o trzylatka. Na szczęście moje dziecko szybko wyrwało mnie z tych rozważań wewnętrznych i ogólnego zagubienia, krótkim i pełnym zaangażowania okrzykiem: Dobra, to licz!. No to zaczęłam: jeden, dwa, trzy… a moje dziecko już stało, dumne i uśmiechnięte, przy umywalce ze szczoteczką i pastą w ręku. Moja mina w tym momencie była z pewnością bezcenna. Umyliśmy zęby, ale synek nadal nie zamierzał iść spać, tylko wrócił z powrotem do zabawek. Zaprosiłam go więc stanowczo do położenia się w łóżku, na co on odparł: No dobra, ale policz do pięciu! Aha… spodobało mu się! teraz to dopiero musiałam mieć minę! Cóż, nieco zdezorientowana zaczęłam liczyć, a mój synek po chwili znalazł się w łóżku z triumfalnym okrzykiem: Zobacz, zdążyłem na 2! Tak się zaczęło. Od tej pory, jak dziecko się przy czymś za bardzo ociąga, to bawimy się w liczenie. Tak – bawimy! Nie jest to żadne straszenie, ani wymyślanie kar. Są to nasze domowe zawody, inicjowane często przez synka. Buciki zakładamy na 4, zabawki sprzątamy na (dość powolne, przerywane rozmową) 10.

Okazało się, że ta przypadkiem odkryta metoda to wybawienie w wielu sytuacjach. Oczywiście, jeśli ktoś się zaniepokoił, to wyjaśniam, że ta zabawa nie zdominowała naszego życia. Robimy to raczej okazjonalnie, dzięki czemu nie znudziła nam się i działa w tych bardziej kryzysowych sytuacjach. Dziecku taki wyścig z czasem sprawia ogromną frajdę (w sumie synek był współautorem tej zabawy), a mi ułatwia realizację moich, tak zwanych MAMAdżerskich obowiązków. I to lubię!